Czekając na Godota

Zabrzmi to jak oczywista oczywistość, ale wszyscy w SLD od dawna mamy poważny problem. Nie chodzi już o to, że od 2005 roku stoimy w miejscu. Jest gorzej. Po raz trzeci z rzędu zanotowaliśmy wynik wyborczy poniżej 10% totalnie marginalizując naszą i tak niezbyt silną pozycję w samorządach lokalnych.  Przegrywamy, bo boimy się szczerej dyskusji. Osiągamy coraz gorsze wyniki, bo od dawna sami siebie oszukujemy. Wmawiamy sobie, że powoli rosną nasze notowania, że spokojnie odbudowujemy poparcie, że jesteśmy postrzegani jako formacja przewidywalna, że bez nas nie powstanie żaden nowy rząd. Wybory 16 listopada były dla nas bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Potwierdziły one, że znikamy ze sceny politycznej i najwyższy czas, aby bić na alarm. Najpierw jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

Wielu obserwatorów sceny politycznej już dawno temu wypisało Sojuszowi receptę: zmieńcie lidera, a wszystko zmieni się na lepsze zupełnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Niestety, po nieudanych wyborach samorządowych rośnie liczba zwolenników tej teorii. Prawdą jest, że to jedynie powierzchowna ocena szerszego problemu jakim jest wieloletnia, fatalna kondycja polskiej lewicy. Leszek Miller nie jest czarną owcą, podobnie jak nie był nią Grzegorz Napieralski i Wojciech Olejniczak. Oczywiście dyskusja o kryzysie przywództwa w SLD jest w pełni uzasadniona, nie należy jednak przypisywać szefom partii odpowiedzialności za wszystkie polityczne niepowodzenia. Kryzys przywództwa to zaledwie jeden z wielu elementów składających się na dzisiejsze 8, 78% poparcia dla SLD. Tymczasem wszystkie z nich są jednakowo ważne.

Nie ma jednej, kluczowej przyczyny słabnącej pozycji SLD. Nie jest prawdą, że polskie społeczeństwo jest już w dominującej większości prawicowe i nie potrzebuje silnej socjaldemokratycznej formacji. Nie jest prawdą, że SLD nie ma programu i nie potrafi na nowo zdefiniować istoty lewicowości. Nie jest też prawdą, że przyczyną kiepskiej kondycji całej lewicy w Polsce jest jej dezintegracja. Tymczasem to właśnie wokół powyższych diagnoz od lat skoncentrowana jest niemal cała dyskusja o tym jak odbudować pozycję Sojuszu. Dyskusja trwa, a efektów nie widać. Być może warto zatem zastanowić się nad innymi przyczynami kryzysu lewicy – nie jednej, a co najmniej kilku i zrozumieniu, że są one ze sobą ściśle powiązane. Rozwiązanie tego „supła” może okazać się kluczem do sukcesu.

Przyczyna 1: Wyeksploatowany szyld – SLD od lat próbuje zbudować sobie nowy, pozytywny wizerunek. Niestety bez powodzenia. Nie udało się to, ani Wojciechowi Olejniczakowi, ani Grzegorzowi Napieralskiemu. SLD kojarzy się dziś wyłącznie z PRL-em, gen. Jaruzelskim i aferami III RP. Dla kiepsko wyedukowanego i nieobytego polityczne przeciętnego młodego wyborcy członek SLD to spadkobierca zbrodni z czasów stalinowskich, morderców polskich patriotów, a w najlepszym przypadku lewak, popierający seksualne dewiacje i wynaturzenia. Do szyldu SLD przylgnęły najróżniejsze negatywne łatki od których, mimo ciężkiej pracy naszych członków, nie jesteśmy w stanie się uwolnić. Warto ponadto podkreślić, że SLD jest ugrupowaniem starym jak na aktualne warunki polityczne w Polsce. Starszy jest jedynie PSL, ale jego historia i pozycja nie może być w tej dyskusji dobrym przykładem do porównań. Gdy wyeksploatowały się szyldy AWS-u i Unii Wolności, politycy tych ugrupowań nie wahali się, aby zorganizować nowe partie – Prawo i Sprawiedliwość i Platformę Obywatelską.

Przyczyna 2: Kryzys przywództwa – przyczyna ta przywoływana jest dzisiaj najczęściej i to jej przypisuje się główną odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia SLD. Tak jak wcześniej wspominałem to jedynie powierzchowna ocena, nie mniej jednak kryzys przywództwa w SLD jest faktem. Gdyby było inaczej Leszek Miller nigdy nie zostałby ponownie szefem partii. Po dymisji Grzegorza Napieralskiego w partii zapanowała pustka. Mało kto potrafił wskazać nowego lidera, który byłby w stanie wziąć na swoje barki liczne problemy i stawić czoła wyzwaniom. Nie objawiła się żadna nowa twarz, a Leszek Miller, jako były premier i doświadczony polityk, gwarantował stabilizację. Dlatego wygrał. Pytanie jednak co dalej? W SLD są młodzi, mądrzy, zdolni ludzie, ale wciąż nie są w stanie przebić się do opinii publicznej. Krótko mówiąc, poza partią nikt ich nie zna. Mimo tego, że w ostatnim czasie udało się wypromować kilka nowych twarzy: Krzysztofa Gawkowskiego, Dariusza Jońskiego, czy Paulinę Piechnę – Więckiewicz, SLD wciąż kojarzony jest z 60 i 70-latkami, którzy swoją polityczną aktywność zaczynali jeszcze w Polsce Ludowej. Gołym okiem widać, że nie są to już politycy którzy przyciągną do SLD nowych wyborców.

Przyczyna 3: Brak lewicowego języka w mediach – media informacyjne i publicystyczne podzieliły się w Polsce na dwa wrogie bloki: liberalno-demokratyczny sympatyzujący z Platformą Obywatelską i konserwatywno-katolicki podzielający PiSowską wizję państwa i społeczeństwa. Przez ostatnie lata lewicowy/postępowy język został niemal doszczętnie wypłukany z debaty publicznej. Reaktywacja Dziennika Trybuna ( dzisiaj już nawet nie dziennika ), czy uruchomienie internetowego portalu Lewica24.pl wypadły zdecydowanie poniżej oczekiwań. Na rynku mediów informacyjnych i publicystycznych brakuje przystępnego w cenie i treści lewicowego tygodnika ( na prawicy rolę tą spełniają chociażby tygodniki W Sieci i Do Rzeczy ) oraz poważnego portalu internetowego jak np. WPolityce.pl. To oczywiście nie wszystko, ale od tego należałoby zacząć. Inaczej głos lewicy nadal nie będzie obecny w przestrzeni publicznej.

Przyczyna 4: Brak konsekwentnej strategii – Przeciętny wyborca śledzący polską scenę polityczną może mieć poważny problem z odpowiedzią na pytanie o co tak właściwie walczy dzisiaj SLD? Nie ma się co dziwić. W ostatnim czasie partia nie doprowadziła do końca żadnej swojej inicjatywy. Politycy Sojuszu ogłaszają różne postulaty, po czym bardzo szybko się z nich wycofują i zaczynają coś nowego. Było tak z niemal wszystkimi większymi projektami inicjowanymi w ostatnim czasie przez SLD: referendum w sprawie reformy emerytalnej, obroną rodzinnych ogródków działkowych, powrotem do 49 województw, czy akcją 3xTAK. Partii brakuje konsekwencji w działaniu i wiary we własne pomysły.

Przyczyna 5: Mamy program… ale nie umiemy go „sprzedać” – Bardzo długo zarzucano SLD, że nie ma on programu, a wszystkie swoje działania koncentruje wokół kilku postulatów natury światopoglądowej. To oczywiście nieprawda. SLD posiada bardzo dobry program, w którym kładzie nacisk na kluczowe obecnie kwestie społeczno – ekonomiczne: rynek pracy, walkę z wykluczeniem społecznym i nierównościami, czy dostępem do wysokiej jakości usług publicznych. Trudno o inne priorytety w czasach kryzysu finansowego i kompromitacji wielu elementów gospodarki wolnorynkowej. Problem leży gdzie indziej. SLD ma program, ale brakuje mu pomysłu na to jak dotrzeć z nim do wyborców. Organizowane przez Sojusz liczne konferencje prasowe, konferencje programowe i iście akademickie debaty nie interesują nawet członków SLD, a co dopiero zwykłych ludzi.

Przyczyna 6: SLD nie brzmi jak opozycja -  partia chce być postrzegana jako przewidywalna i odpowiedzialna, stąd bierze się jej umiarkowany język – wyjątkowo wyrozumiały i zachowawczy wobec rządzącej Platformy Obywatelskiej. Nie jesteśmy przez to postrzegani jako poważna opozycja, a często wrzuca nas się nawet do koalicji z PO. Jest tajemnicą poliszynela, że ugrupowanie, które znajduje się w opozycji do rządu musi być bardziej radykalne i wyraziste w swojej polityce parlamentarnej. Tylko PiS postrzegane jest jako poważna opozycja, bo nie ma kompleksów w krytyce rządu. SLD sprawia wrażenie jakby stało w rozkroku, dlatego nie jest atrakcyjne i wiarygodne dla wyborcy, który ma dość rządów PO-PSL. W kadencji 1997-2001 SLD przyjął taktykę opozycji totalnej wobec rządzącej koalicji AWS - UW. W 2001 zdobył w wyborach ponad 40%. 

Przyczyna 7: Brak „świeżości” w strukturach lokalnych – sposób w jaki jesteśmy postrzegani lokalnie, przez mieszkańców polskich miast i miasteczek, wpływa na ogólne postrzeganie całej partii. Działa to także w drugą stronę. Ostatnie wybory samorządowe unaoczniły słabość lokalnych struktur SLD. Widać, że z roku na rok są one coraz mniej efektywne i coraz gorzej radzą sobie z kolejnymi kampaniami wyborczymi. To kolejny dowód na to, że partii potrzebni są młodzi ludzie – 20,30 i 40-latkowie. Wbrew pozorom takich osób w SLD nie brakuje. Ich pozycja polityczna w strukturach partii, nawet  lokalnie, jest jednak wciąż zbyt mało znacząca.

Za nami największa porażka wyborcza w historii, bo właśnie tak należy rozumieć wynik uzyskany w wyborach samorządowych 16 listopada. Pokazał on, że wszystko to co jako partia robiliśmy przez ostatnie lata nie przyniosło żadnego pozytywnego efektu. Na naszych oczach partia się zwija i znika ze sceny politycznej. Nie mamy już czasu na spokojne wyczekiwanie na „cud”. Nasza polityka musi ulec całkowitej zmianie. Musimy nauczyć się szczerze ze sobą rozmawiać i nie obawiać się tego co pomyślą sobie „ci wyżej”. Musimy przestać się dłużej oszukiwać, że wszystko idzie w dobrym kierunku i tkwić w bezrefleksyjnej atmosferze. Jeśli czegoś nie zmienimy przejdziemy do historii szybciej niż nam się wydaje.


Błażej Makarewicz
Udostępnij na Google Plus